Ombre hair, to trend, który dotarł do nas już na początku tamtego roku. Od tamtej pory zdecydowanie jego popularność zmalała, jednak ja dopiero teraz skusiłam się na wypróbowanie 'tej magii’.

Na początku, mając na uwadze swoje wcześniejsze eksperymenty z rozjaśnianiem włosów, decydując się na ombre, pomyślałam od razu: tylko fryzjer! Następnie przy okazji poszukiwań inspiracji i odpowiednich zdjęć, które mogłabym pokazać w salonie, natknęłam się na mnóstwo blogów, na których dziewczyny opisywały, w jaki sposób samodzielnie wykonały takie cieniowanie. Po którymś z kolei wpisie doszłam do wniosku, że sama też potrafię :D

Zniechęcona „przeciętnymi” rozjaśniaczami chciałam tym razem wybrać L’Oreal Wild Ombres. Po długich i bezowocnych jej poszukiwaniach, mój wybór padł na rozjaśniacz z Joanny. Zanim przejdziecie do kolejnej części  wpisu, chciałam od razu przestrzec, że zawarte w nim informacje pisane są na podstawie własnego doświadczenia i nie na każdych włosach efekt wychodzi tak samo (czyli coś w stylu „oficjalnie: nie próbuj tego w domu, a nieoficjalnie: u mnie zadziałało, więc na własne ryzyko możesz próbować :D” ).

Co było mi potrzebne?

  • rozjaśniacz,
  • pędzelek do farbowania,
  • specjalna szczoteczka do farbowania z grzebieniem rozdzielającym włosy (niestety tez nie mogłam jej nigdzie znaleźć, więc zastąpiłam ją szczoteczką do zębów),
  • folia aluminiowa,
  • + farba o dowolnym odcieniu blond (piaskowy blond, Joanna)

Na początku włosy rozdzieliłam poziomo na dwie sekcje.

Następnie podzieliłam je pionowo na pół. Na końcówki włosów z dolnej partii z obu połówek nałożyłam rozjaśniacz na długości ok. 8 -10 cm. Aplikowałam go za pomocą szczoteczki, dzięki czemu kolor nie odcina się równą linią. Na niektóre pasemka nanosiłam rozjaśniacz palcami, chciałam, aby rozjaśnione włosy wyglądały naturalnie.

Po upływie 30 minut spłukałam rozjaśniacz i wysuszyłam delikatnie włosy. Moje włosy były wcześniej farbowane, więc wymagały dłuższego działania rozjaśniacza. Najlepiej kontrolować co kilka minut efekt na włosach.

Następnie powtórzyłam użycie rozjaśniacza nakładając go tym razem o kolejne 5-8 cm. wyżej niż poprzednio i pokryłam nim włosy aż po same końce. Poszczególne pasemka na chwilę (!!!) zawinęłam w folię, co ułatwiło mi aplikację, dzięki czemu uniknęłam niepotrzebnego plątania poszczególnych partii włosów. Pasemek nie wiązałam, jak najszybciej usunęłam z nich również folię. Po upływie kolejnych 30 minut umyłam włosy delikatnym szamponem.

Następnego dnia na włosy nałożyłam farbę o kolorze piaskowy blond. I tu zaczęły się przysłowiowe „schody”. Włosy wydawały mi się za żółte, więc dodatkowo postanowiłam wypróbować fioletowej płukanki… Po pierwszym płukaniu, wyszło całkiem ok. Tak ok, że aż chciałam więcej! no i się przejechałam… Efekt wyszedł lekkozielony:

ombre zielone

Do normalnego odcienia przywróciłam włosy kilka razy je myjąc i stosując kolejną płukankę z rumianku (2 saszetki) i soku z cytryny. Po tylu działaniach efekt na moich włosach prezentuje się tak:

ombre hair 1

ombre hair 2

ombre hair 3

ombre hair 4

ombre hair 5

Po tylu zabiegach rozjaśniających musimy pamiętać o silniejszej pielęgnacji włosów. Przyznaję, że kondycja moich włosów poraz kolejny uległa pogorszeniu. Zebrałam już listę 'must have’ów’, które mają pomóc w jej poprawie, testuję i dam znać, jak efekty.
Macie/ miałyście ombre hair? Próbowałyście robić same, czy od razu skorzystałyście z pomocy fryzjera? :)